biało-na-czarnym

2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień


Layout by Zjfk for Layout4you

17.04.2006 :: 20:42 :: Komentuj (5)
Wstając raz po raz od stołu uginającego się od nawału obrzydliwej kiełbasy, wielkiego pieczonego indyka i uśmiechniętych sztucznie twarzy po raz kolejny mogę utwierdzić się w przekonaniu, że wszelkie święta są dla mnie zupełnie niepotrzebną instytucją, która istnieje w moim umyśle jedynie jako konieczność tułaczki niewygodnym samochodem mojej ciotki przez pół kraju i spanie w łóżku swojego kuzyna, śmiejąc się raz po raz z tego, że musi spać na podłodze obok.
Śmiesznie jest, podśpiewując raz po raz 'Ezoteryczny Poznań' przespacerowac się placem obok krzyży niedzielnym wieczorem, udając że własny kuzyn jest swoim wybrankiem i w myślach śmiać się do rozpuku z naiwności zdruzgotanych panien, zapewne na niego śmiało polujących.
Jedno mogę stwierdzić jasno - nigdy więcej nie pozwolę sobie obudzić się w wannie.

19.04.2006 :: 15:05 :: Komentuj (5)
jeśli zwątpisz choć raz...

Na zewnątrz słońce zabija wszystkie możliwe, tak bardzo kochane przeze mnie kałuże. Byłam pewna, że wraz z przyjściem wiosny jak bańki mydlane znikną moje wszystkie dotychczasowe problemy, zamknę za sobą któryś z kolejnych rozdziałów - jak zwykle nadaremnie, czas i myśli dalej płyną swoim torem, torem ukłuć i zadrapań.

20.04.2006 :: 14:52 :: Komentuj (4)
Snujemy się bez celu, patrzymy na odwrócone twarze i skaczemy po chorej, zielonej trawie. Miłomiłomiło tak przekomarzać się z własnym cieniem aż do zachodu słońca, po którym wszystko nagle się zmienia, po którym budzi się przeszłość i zaczyna dzień. W samo południe, stojąc na peronie własnych myśli machamy spokojnie niebieską chusteczką odjeżdżającym gdzieś daleko ostatnim miesiącom, bez prostestów ani uniesień. Jakie to dziwne, że chcemy ich powrotu dopiero po zmierzchu, dopiero po przyjęciu kolejnych dawek cichych dźwięków, chcemy tak jak dziecko zabawki, którą przed chwilą wyrzuciło do kosza, chcemy tak bardzo, że aż zapominamy tak właściwie jak powinniśmy do tego dąrzyć.

Dwie filiżanki kawy i od razu lepiej.

21.04.2006 :: 14:56 :: Komentuj (5)
Nie pozwól abym cię zwiódł
Niech nie zwiedzie cię moja twarz.
Noszę, bowiem tysiąc masek - masek, których boję się zdjąć,
a żadna z nich nie jest mną.

Udawanie jest sztuką, która stała się moją drugą naturą.
Ale ty nie daj się oszukać.
Zaklinam cię, nie pozwól się oszukać.

Sprawiam wrażenie, że jestem pewny siebie,
Że jestem radosny i nie mam problemów,
Ani na zewnątrz, ani w środku mnie,
Że pewność siebie jest moim imieniem, a opanowanie moją zabawą,
Że wody są spokojne, a ja panuję nad wszystkim
I że nikogo nie potrzebuję.

Ale nie wierz mi, proszę.
Z wierzchu moja dusza wydaje się gładka,
ale ta powierzchnia jest moją maską,
która wciąż się zmienia i bezustannie skrywa wnętrze.

W środku jednak nie ma ukojenia.
W środku ukrywa się mój umysł - zagubiony, zalękły, samotny.
Ale ja to ukrywam.
Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział.
Przeraża mnie myśl, że moja bezsiła i strach zostaną odkryte.

To, dlatego szaleńczo tworzę swoje maski by się za nimi skryć;
Nonszalancka, wymyślna fasada,
Która pomaga mi udawać - chroni mnie przed spojrzeniem,
które Wie.

Ale takie spojrzenie jest moim wybawieniem.
Moim jedynym wybawieniem. I gdzieś, głęboko, ja to wiem.
Jest tak, jeśli podąża za tym akceptacja, jeśli podąża za tym miłość.

To jest jedyna rzecz, która upewni mnie w tym,
w czym ja upewniam siebie -
Że jestem czegoś wart.

Ale ja tobie tego nie mówię. Nie śmiem. Obawiam się tego.
Obawiam się, że z twoim spojrzeniem nie przyjdzie akceptacja i miłość.
Boję się, że będziesz mi miała za złe, że będziesz się ze mnie śmiać,
I że zobaczysz moje wnętrze i mnie odrzucisz.
Tak, więc gram moją grę - w desperacji.
Z maską pewności siebie na zewnątrz i drżącym dziecięciem wewnątrz.

I tak zaczyna się parada masek, a moje życie staje się linią frontu.
Mówię do ciebie o niczym, słodkim tonem płytkiej pogawędki.
Mówię wszystko, ale to wszystko jest niczym,
Gdyż nie mówię nic, co byłoby wszystkim,
Nie mówię o tym, jak coś wewnątrz mnie roni łzy;
Więc kiedy zaczynam moją grę, nie daj się oszukać moim słowom.
Posłuchaj uważnie i spróbuj usłyszeć to, czego nie mówię.
Co chciałbym być w mocy powiedzieć,
Co muszę powiedzieć, aby przetrwać, ale powiedzieć nie mogę.
Nie chcę się ukrywać, naprawdę!
Nie chcę tej gry zewnętrznych złudzeń, którą gram - gry pozowania.

Chciałbym raczej być szczery i spontaniczny - być sobą,
Ale musisz mi pomóc. Musisz wyciągnąć do mnie rękę,
Nawet, jeśli zdaje ci się, że to jest ostatnia rzecz, jaką chcę.
Tylko ty możesz zerwać z moich oczu
tą zabójczą kurtynę duszącej śmierci.
Tylko ty możesz przywołać mnie do życia.


Za każdym razem, kiedy próbujesz zrozumieć,
i dlatego że naprawdę tak chcesz,
Mojemu sercu rosną skrzydła - bardzo małe skrzydła,
kruche, ale jednak skrzydła.
Z twoją czułością i współczuciem i twoją mocą zrozumienia
Możesz tchnąć we mnie życie.
Chcę żebyś to wiedziała.
Chcę żebyś wiedziała jak jesteś dla mnie ważna,
Jak możesz, jeśli zechcesz, być stwórcą osoby, którą jestem.


Błagam cię - chciej to zrobić. Tylko ty możesz zburzyć ten mur
Za którym ja drżę; tylko ty możesz zdjąć moją maskę.
Tylko ty możesz uwolnić mnie od mrocznego świata paniki i niepewności,
Od mojej samotnej osoby.
Nie omiń mnie obojętnie.
Proszę... nie omijaj mnie obojętnie.

To nie będzie dla ciebie łatwe;
Długie skazanie na bezwartościowość tworzy grube mury.
Czym bardziej się do mnie przybliżysz,
tym mocniej będę walczyć w zaślepieniu.



23.04.2006 :: 18:07 :: Komentuj (2)
Bańki mydlane wzbijają się wysoko, szybują, wędrując do samego nieba. W końcu pękają, tak szybko i niespodziewanie. Czy bańki mydlane chodzą spać? Czy śni im się przeszłość? Czy śni im się ten ostatni krzyk..?

26.04.2006 :: 12:59 :: Komentuj (4)
To niesamowite, nawet dla mnie młode liście i trawa są swoistą terapią, która choć na krótkie chwile pozwala zapomnieć o tym kim jestem i co tak naprawdę mnie otacza. I cały czas kocham ten ciepły podmuch wiatru, tą zieleń, to skradające się pomiędzy domami słońce.

Mogłabym teraz powiedzieć, że coraz bardziej zagłębiam się w ciszę, coraz ciszej oddycham, nie przestaję - to tak jakby niższy poziom tego co mądrzy ludzie nazywają życiem, a jednak dalej tak samo mocno mogę i potrafię nienawidzieć. Dochodzę do wniosku, że nie tylko siebie i moich żółtych czterech ścian.

- Słuchaj, schowaj je do plecaka, to pewnie dyrektor.
(...)
- No i masz babo swojego dyrektora.


Encyklopedycznie - 1, 2, 3... Może i 4?

28.04.2006 :: 12:30 :: Komentuj (8)
Po raz kolejny przyznaję sobie i całemu światu rację - jestem tchórzem. Ludzie stwierdzają swoje wady i bardzo chcą je w sobie zmienić - ja też chcę - mimo tej chęci dalej nie potrafię, nie umiem przestać uciekać w słoneczne chemiczne krainy, kiedy wokół dalej jest tak bardzo szaro. Nowe tylko wydaje mi się to, że chemiczne krainy zaczęły mnie doganiac - spędzałam w nich czas tylko wtedy kiedy chciałam, teraz krzyczą za mną wtedy gdy one mają na to ochotę, bardzo często.
Otwieram okno, wokół jest bardzo dziwnie. Matki prowadzą krzyczące dzieci. Muzyka za moimi plecami wydaje się tak bardzo intensywna - tak samo jak tej nocy, której biegłam chodnikiem wzdłuż trawy wołającej mnie po imieniu. Kolory prześcigają się w mocy i czarze swoich barw. To już nie papier, świat zmienił się w plastik - a ja przecież jestem doskonałym elastycznym manekinem, załóżmy że właśnie z plastiku.