biało-na-czarnym
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
Layout by Zjfk for
Layout4you
02.08.2006 :: 11:29 :: Komentuj (5)
Nie, nic mi nie jest.
Ja poprostu nienawidzę, kiedy ktoś mnie okłamuje i nawet nie próbuje się z tym ukrywać. Nienawidzę, gdy ktoś patrzy mi w oczy i mówi, że jest dobrze, a potem wybiega na jedną z głównych ulic z krzykiem Jest cholernie źle!.
Jedyną pocieszającą rzeczą w tym ciągu samotnych dni spędzanych z długopisem i cichymi dźwiękami muzyki jest deszcz, który głośno stukał w mój parapet dzisiejszej nocy. Przez cały miesiąc spędzony prawie tylko w domu myślałam, że nawet on mnie opuścił, zapomniał, że znalazł sobie inne miejsce, inne ciekawsze zajęcie - wczoraj wrócił. Kocham deszcz, kocham noce, w których mogę po cichu wyjść z domu i patrzeć w ciemne niebo czując, jak wielkie krople spływają mi po twarzy.
// co do komentarzy i innego udzielania się na ownlog.com - teraz nie mam na to siły. Poczekajmy do września, albo dalej... Potrzebuję kontaktu z ludźmi, problem polega na tym, że oni nie potrzebują mnie, więc póki co nie znajduję w sobie zdolności do pisania Wam czegokolwiek, pozdrawiam.
24.08.2006 :: 10:24 :: Komentuj (3)
Ilekroć chodziliśmy razem, padał deszcz. Kiedy po raz pierwszy gęsty deszcz zaskoczył nas na ulicy, bałeś się, że zmoknę. Powiedziałam - bardzo lubię moknąć - moja ręka zaciążyła ci na ramieniu i odgadłeś, że mam głowę uniesioną do góry i że deszcz pada prosto na moje zamknięte oczy. Ująłeś mocniej moją bezwładną rękę i przez chwilę czułam, że to nie ja ciebie, ale że ty mnie prowadzisz, aż ostry kant krawężnika przypomniał nam, że ulice nie są tak proste, jak to sobie wyobrażają ludzie z otwartymi oczyma. Potknęłam się i gdybyś mnie nie przytrzymał, upadłabym. Pamiętam, że roześmiałam się ocierając mokrą twarz, pamiętam twój cichy śmiech.
Po kilkunastu minutach przystawałeś i zwracając ku mnie nieruchomą twarz pytałeś - czy nie jesteś aby trochę zmęczona? Zaprzeczałam gorąco, a ty, przyciągając mnie blisko do siebie, mówiłeś - kłamca, kłamca, przecież słyszę twój oddech, dyszysz jak pies, natychmiast wracaj do domu. I miałeś rację, że kłamałam, i miałeś rację mówiąc, że czas wracać do domu, na wygodny fotel, o którego poręcz można było oprzeć bolące plecy, nieruchomo oczekiwać, że oddech powróci. Zawsze, ilekroć chodziłam, było mi duszno, a jednak lubiłam chodzić na przekór bolącym plecom, poprzez deszcz i wiatr. Pamiętam twoją twarz uniesioną do góry, rękę w proroczym geście. Mówiłeś - będzie padać, na pewno będzie padać, zaciągnęło się, i chyba na długo.
31.08.2006 :: 09:51 :: Komentuj (2)
Tkwiąca we mnie perfekcjonistka nie pozwala na napisanie na blogu czegokolwiek - żyję w przekonaniu, że każda notatka powinna być przynajmniej trochę lepsza od poprzedniej. Za każdym razem, kiedy wpadnę na pomysł o czym pisać, dokładnie go analizuję, aż w końcu uznaję za beznadziejny. I tak zadowalam się urywkami wspomnień zapisanych w czarnym zeszycie spoczywającym na dnie brązowej szuflady; kawałkami starych, obcych już teraz wierszy układających się w przedziwną prozę pełną obaw.
Mojemu światu nie wystarcza już nawet półuśmiech, którym staram się kolorować swoją twarz przed każdym wyjściem z domu. Powinnam być chyba na tyle radosna, by doprowadzić samą siebie do wymiotów - nie potrafię, a szkoda, mogłabym uciec chociaż na chwilę od pytań i wiecznych zagadywań o to, jak spędzam wolne wieczory. Ludzi dziwi to, że można je spędzać w pojedynkę, zakrywając kocem oczy. Mnie też to nie bawi, też nie chcę zrozumieć, że inaczej się nie da.
Znów na marne.